<title_newspaper=Przekrj> 
<title_article=Opowiadanie profesora Tutki> 
<author_1=Jerzy Szaniawski>
<author_2=> 
<language=pl> 
<style=press>
<year="1951">
<month="10">
<date=1951-10-28>
<period=w>
<status=1_obieg>
<support=paper>
Jeden z panw twierdzi podczas dyskusji, e wielka uprzejmo jest rodzon siostr hipokryzji. Rejent protestowa, doktr rwnie nie zgadza si na takie ujcie sprawy, mecenas mia zastrzeenia... profesor Tutka milcza. 
Wwczas pan, nie znajdujcy uznania dla swego pogldu da przykad: oto poyczy znajomemu pewn sum; nie upomina si o zwrot pienidzy, uwaa je nawet za przepade; ale dzi sam znalaz si bez grosza, wic przypomnia sobie znajomego, a nu, co od niego dostanie. Zadzwoni. Posysza za drzwiami gos skierowany do ony: kogo tam znw diabli przynosz. Po chwili gospodarz mieszkania uchyli drzwi, a ujrzawszy gocia otworzy je szeroko i powiedzia z radoci: jake si ciesz, e widz kochanego pana!.... Czy uwierzy pan, e wanie przed chwil o panu mylaem! Prosz serdecznie! O tu mam nawet doskonae cygarko, ktre udao mi si zdoby. C tam dobrego sycha u kochanego, dawno nie widzianego pana? Sowem zbyt duo przesadnej uprzejmoci. A pienidzy nie odda.
 I ja take, pomimo przykadu  powiedzia profesor Tutka  nie zgodz si z panem, e uprzejmo i hipokryzja s to dwie rodzone siostry. Jestem zawsze uprzejmy  nie jestem hipokryt. Pamitam takie zdarzenie: jechaem pocigiem ca noc, potem niemal cay dzie i dopiero przed wieczorem znalazem si w pewnym miecie. Pomimo zmczenia, postanowiem spdzi wieczr w jednym z nieznanych mi tam teatrw. Kupiem bilet, zasiadem w pierwszym rzdzie i rozgldaem si po sali. Stwierdziem, na razie, e sala przyjemna a fotel w ktrym siedz wygodny, jak rzadko w teatrze. wiata zgasy, kurtyna si podniosa, zaczto mwi, a ja zasnem. Obudziem si, gdy wystrzelili, ale zorientowawszy si szybko, e to tylko na scenie, zasnem znw.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>